niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział 1

-Uciekaj!
To były ostatnie słowa, jakie usłyszałam od mojej mamy. „Uciekaj“... Ale ja nie mogłam, mimo, że dookoła mnie widziałam tylko śmierć. Nie chciałam opuścić mamy, taty, brata... Ale nie zostawiono mi innej opcji. Kilka minut później mama i tata nie żyli, a ja, z moim pięcioletnim braciszkiem na rękach pędziłam przed siebie, nie zważając na to, dokąd dotrę. Ale co mi to dało? Najwyżej kilka dodatkowych godzin strachu i bólu. I zimna. Drżąc z chłodu, owinęłam braciszka moim płaszczem. Już od dwóch godzin kryliśmy się w jaskini na obrzeżach naszej wioski. Wioski na lodowym krańcu świata. Ale to nic nie dało. Wkrótce nas znaleźli. Żołnierze Królowej Lodu. Żołnierze o lodowych sercach... Łowcy. Ich ponura sława rozniosła się po całym kontynencie zwanym kiedyś Ameryką Północną. To było, zanim olbrzymie zlodowacenie zniszczyło większość życia na tej półkuli ziemskiej. Nasza wioska znajdowała się w miejscu zwanym kiedyś Nowym Jorkiem. To było jedno z ostatnich miejsc niepodległych jeszcze Lodowej Królowej. Aż do teraz...
-Puszczaj!
Z całych sił kopałam rękę Łowcy, który złapał mnie za ramię, próbując wywlec z jaskini, w której skryłam się razem z bratem.
-ODWAL SIĘ! ZOSTAW NAS W SPOKOJU!
Wiedziałam, że krzyk tylko ściągnie tu innych Łowców, ale chwilowo miałam inne rzeczy na głowie. Na przykład pewnego konkretnego, upartego Łowcę. Resztką sił chwyciłam sztylet schowany w rękawie. Nie spodziewałam się, że mój atak nożem w jakikolwiek sposób skrzywdzi Łowcę, przecież on był świetnie wyszkolony, a ja znałam tylko podstawy. Liczyłam, że choć troszkę go rozproszę. Zamachnęłam się nożem i....
- Achchch!!! Głupie bachory!
Jakimś cudem, udało mi się trafić Łowcę w rękę. Śladem spotkania skóry ze sztyletem było głębokie cięcie na ramieniu Łowcy. Ale co to dało... Po chwili pojawiło się więcej żołnierzy o lodowych sercach i wyciągnęli mnie i mojego braciszka z jaskini. Po chwili byliśmy już zamknięci w wielkich klatkach, ciągniętych przez konie w stronę zamku Królowej. Bałam się.
-Nathalie...
Mój braciszek patrzył na mnie pełnymi niepokoju oczami. Rzadko mówił do mnie pełnym imieniem.
-Nathalie... Co teraz z nami będzie?
Patrzył na mnie swoimi błękitnymi oczami, oczekując odpowiedzi. Po chwili, w tych najukochańszych dla mnie oczkach pojawiły się łzy.
-Hej, hej, Jackie, nie płacz... Wszystko będzie dobrze. Nauczysz się walczyć, tak jak zawsze chciałeś. Pamiętasz?
Co innego miałam mu odpowiedzieć? Że zostaniemy maszynami do zabijania, maszynami bez serca? Nie... Mój mały Jacob nie musi o tym wiedzieć.
-Ale ja nię chcę walczyć dla Królowej. Ja nie chcę walczyć...
Wyszeptał, patrząc mi w oczy.
-Nie myśl o tym teraz. Jestem z tobą. Nie pozwolę, by stała ci się krzywda.
Przytuliłam go do siebie, a on po chwili zasnął. Kiedy tylko mały zaczął rytmicznie, głęboko oddychać, odprężyłam się i pozwoliłam sobie na łzy. Wykończona, wkrótce także usnęłam.

Hej! Wiem, początek jest dość nietypowy. Ale spokojnie, nasi zwariowani bogowie niedługo się pojawią... :)

1 komentarz: